Kiedy oglądamy transmisję z sesji rady gminy, miasta czy powiatu, naszą uwagę przykuwa zazwyczaj jedna postać. To człowiek siedzący pośrodku, który stuka młotkiem, udziela głosu, czasem kogoś pouczy, a kiedy indziej ceremonialnie upomni. Obserwując ten spektakl, łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia z lokalnym rządcą, kimś w rodzaju jednoosobowej wyroczni. To błąd. Za tą oficjalną fasadą kryje się funkcja znacznie bardziej subtelna, niż mogłoby się wydawać. I – niestety – niezwykle podatna na specyficzny rodzaj lokalnego zepsucia.
Wbrew temu, co w wielu polskich samorządach funkcjonuje jako „obiegowa prawda”, przewodniczący rady nie jest żadnym organem władzy. Nie dysponuje prerogatywami wójta, burmistrza czy prezydenta. Nie „zarządza gminą”, nie rozdziela budżetu ani nie może wydawać poleceń szeregowym urzędnikom.
Żeby nie było wątpliwości – nie jest to kwestia publicystycznej interpretacji, ale twardego prawa. Kropkę nad „i” postawił w tej sprawie Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 14 lipca 2023 roku. Sędziowie wyraźnie przypomnieli w nim, że zadaniem przewodniczącego jest wyłącznie organizowanie pracy rady oraz prowadzenie jej obrad. Wyłącznie. Ani mniej, ani więcej. NSA podkreślił coś jeszcze, co powinno być wyryte na blacie każdego radnego szefa: funkcja ta ma charakter stricte usługowy. I to – uwaga – nie wobec mieszkańców czy wójta, ale wobec samej rady. Przewodniczący to, mówiąc najprościej, techniczny pomocnik. Ktoś, kto ma zawiadomić o sesji, zadbać o dokumenty, odebrać skargę i dopilnować porządku. Taki nieco lepiej opłacany sekretarz zebrania z odrobiną większej odpowiedzialności.
I tu właśnie zaczyna się właściwa opowieść. Diabeł bowiem, jak zwykle, tkwi w szczegółach, a „techniczne” czynności można wykonywać na dwa skrajnie różne sposoby.
Można robić to w duchu absolutnej neutralności, profesjonalizmu i odpowiedzialności. Ale można też inaczej – wybiórczo, uznaniowo i z politycznym podtekstem. Można wspierać komunikację między radnymi, a można ją z premedytacją utrudniać. Można tonować emocje na sali, ale można też dyskretnie podkręcać atmosferę. Wreszcie: można być przewodniczącym wszystkich radnych i całej lokalnej wspólnoty, albo jedynie liderem „swoich”.
W idealnym świecie na tym krześle siada osoba łącząca wiedzę, doświadczenie i nienaganny charakter. Ktoś, kto tak samo spokojny i wyważony jest przed kamerami, jak i podczas kuluarowych, trudnych negocjacji. To człowiek, który mówi to samo publicznie i prywatnie; ktoś, kto budzi szacunek nie autorytetem stanowiska, ale klasą własnego zachowania. Taki przewodniczący cieszy się zaufaniem nawet politycznych przeciwników. Łagodzi konflikty, zamiast je produkować, bo ma pełną świadomość, że jego rola to służba, a nie bizantyjski tytuł.
Ale samorząd to nie film kostiumowy o rycerzach bez skazy. W realnych gminach i powiatach aż nazbyt często spotykamy drugi typ opisywanej postaci: ludzi, dla których ten skromny, plastikowy młotek staje się insygnium realnej władzy. Choć kompetencje przewodniczącego są formalnie skrajnie ograniczone, to sama funkcja potrafi działać jak silny afrodyzjak. Dla niektórych na tyle mocny, że kompletnie tracą zdolność trzeźwej oceny własnych działań. Zamiast jednoczyć – dzielą. Zamiast tonować – podsycają spory. Zamiast służyć radzie – zaczynają służyć własnym układom, niespełnionym ambicjom i prywatnym emocjom.
W efekcie sąsiadujące ze sobą gminy mogą wyglądać jak dwa alternatywne światy. Wyrafinowany w swoich gierkach przewodniczący potrafi w mistrzowski sposób blokować informacje niewygodne dla jego opcji politycznej, jednocześnie jaskrawo eksponując potknięcia oponentów. Wpływa na kalendarz sesji, żongluje kolejnością punktów w porządku obrad, manipuluje czasem wypowiedzi, a regulamin interpretuje tak, jak akurat dyktuje mu potrzeba chwili. Wszystko to dzieje się niby w majestacie prawa, „zgodnie z paragrafem”, ale w całkowitej sprzeczności z duchem równości i bezstronności. Ich „organizowanie pracy rady” staje się narzędziem brutalnej gry.
Dlatego warto powiedzieć to głośno: nie każdy ma predyspozycje do tego, by kierować pracami rady. To nie jest miejsce dla ludzi o rozbudowanym ego, którzy przestrzeń publiczną traktują jak prywatną planszę do Monopolu. To nie jest funkcja dla tych, którzy za wszelką cenę muszą „ugrać jak najwięcej”, mając w nosie dobro wspólnoty. Nie nadają się do tego ludzie wierzący, że autorytet buduje się krzykiem, teatrem gestów czy protekcjonalnym unoszeniem brwi.
Przewodniczący rady powinien być – w czystej postaci – autorytetem moralnym i organizacyjnym. Kimś, kto potrafi spojrzeć szerzej, myśli w kategoriach interesu publicznego i rozumie, że jest jedynie trybikiem w demokratycznej maszynerii, a nie jej słońcem.
Jeśli kiedykolwiek zastanawiali się Państwo, dlaczego w jednej gminie sesje są spokojne, merytoryczne i nudne w ten najbardziej pożądany, urzędowy sposób, a w sąsiedniej przypominają patologiczny ring bokserski – odpowiedź bardzo często siedzi właśnie tam, na środkowym krześle. Bo władza w samorządzie wcale nie zależy od suchych przepisów. Zależy od formatu człowieka, który te przepisy wykonuje. I o tym najwyższy czas zacząć głośno rozmawiać.
Powiązane
Przeczytaj też:
- Premiera debiutu Emilii Śniegoskiej w Stargardzie: “Double Trouble (Kumotry)” zaprezentowane podczas Czwartkowych Spotkań Klubu Filmowego Podczas ostatniej odsłony Czwartkowych Spotkań Klubu Filmowego w Stargardzie zaprezentowano...
- Stowarzyszenie „WIR” podsumowało dwadzieścia lat działalności podczas walnego zebrania w Stargardzie W Stargardzie odbyło się Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia „WIR” –...
- Letnie remonty i inwestycje w przedszkolach i szkołach w Stargardzie Lato w miejskich przedszkolach i szkołach podstawowych to okres zaplanowanych...
- Rolniczy protest na S3 od 22 czerwca. Utrudnienia dla ruchu w kierunku Szczecina i nad morze Od poniedziałku 22 czerwca rolnicy rozpoczęli protest blokujący odcinek drogi...